Wizja teraźniejszości – wystawa „RYSOWAĆ TERAZ [fragmenty 3]”. 

Jako studentka trzeciego roku na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku często mam przyjemność, a właściwie przywilej, oglądania wystawy przed jej rozpoczęciem, mimo tego rzadko z owego pierwszeństwa korzystam. Niezliczona ilość mimowolnie oglądanych przeze mnie wystaw i przygotowań wernisaży sprawiła, że stałam się niemal obojętna na atakującą mnie z każdej strony sztukę. Niemal…

Po drodze…

Jednakową sytuację wystawowego przywileju miałam również w poniedziałek (13.01.2025 r.), dzień przed otwarciem wystawy RYSOWAĆ TERAZ [fragmenty 3]. Wychodziłam właśnie z uczelni i przy niemożności wybrania innej drogi, skręciłam na sam środek Dużej Auli Wielkiej Zbrojowni Gdańsku. Wystawa instalowana w pośpiechu przed jutrzejszym debiutem wyjątkowo przykuła moją uwagę. Zatrzymałam się na moment, obserwując zarówno same kreacje, jak i otaczający je chaos. Porozrzucane, niekiedy wręcz zasłaniające prace, rusztowania i wielkie stosy folii nadawały zupełnie innego charakteru całej sytuacji. Niespokojne dzieła wylewały się na posadzkę, podnosząc rangę bałaganu do prawie równego sobie. Wszystko było niejasne, ekspresyjne, a nawet dramatyczne. Ogół wydawał się spójny wizualnie, a sam nieład, zdawać by się mogło, odzwierciedlał próby twórcze pojedynczych artystów. Pomimo tej powierzchownej zgodności obu stron następnego dnia chaos zastąpił zdyscyplinowany porządek, który niewątpliwie kontrastował z konwencją dzieł. Sala i prace nie tworzyły już jedności, ale dwa oddzielne od siebie podmioty, dwa kompletnie niepasujące i całkowicie niezależne od siebie światy. Tym samym wystawa stała się kompletna, a przestrzeń nabrała pełnej powagi atmosfery adekwatnej do przekazywanej treści. Bez wszystkich rusztowań i porozrzucanych folii na pierwszy plan wychodziły już same przedstawienia. Różnica między wystawą przed i po jej otwarciu mogłaby wydawać się zupełnie nieistotna. Cenne jednak było doświadczenie obu wersji tego samego wydarzenia, które w każdym wydaniu wyrażało zupełnie inną wrażliwość. Ujawniło to również stopień zaangażowania kuratorów w kreowaniu wystawy. Logiczne, konsekwentne i celowe rozmieszczanie poszczególnych prac w najkorzystniejszym dla nich umiejscowieniu tylko potęgowało niesamowite przeżycia, których doświadczyć miał odbiorca z każdym kolejnym krokiem wgłąb pomieszczenia. 

Teraz czas na wystawę…

Podczas wernisażu dowiedziałam się więcej o samej historii całego zdarzenia. Wystawa jest prezentacją wybranych realizacji laureatek i laureatów tegorocznej, 11. Międzynarodowej Wystawy Rysunku Studenckiego – RYSOWAĆ. Sam konkurs odbył się wiosną 2024 w Galerii Sztuki Wozownia w Toruniu. Tegoroczny temat skupiał się na odczuciach związanych z teraźniejszością. Organizatorzy postawili więc twórców przed pytaniem: Co dla artysty znaczy słowo Teraz?. Wystawa bez wątpliwości była ucieleśnieniem zadanego przez organizatorów tematu. Nie był to zatem kolejny zbiór dzieł, przedstawiających wyłącznie błahe tematy, jak akty, pejzaże, portrety czy niejasne techniki artystyczne lub cyfrowe. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to sposób, w jaki zestawiono ze sobą poszczególne prace. Uwzględniono nie tylko technikę, estetykę czy skalę, ale również samą interpretację tematu. Każde kolejne dzieło wydawało się prowokować do dyskusji swoich sąsiadów. 

Czy czas migruje?

Jeden z tych kontrastów występował właśnie w dwóch, skrajnych pracach po lewej stronie od wejścia. Justyna Jurkiewicz, Aleksandra Sokół, Aleksandra Kuśmider i Natalia Nowak pod nazwą WITRAGRZANKI stworzyły wielki rysunek pod wpływem eksperymentu, ciągłych poszukiwań niezdefiniowanej formy teraźniejszości. Rysunek stanowił swego rodzaju niekonwencjonalną dyskusję pomiędzy artystkami, a właściwie ich artystycznymi stylami.

Nazwa „Migracje” pojawia się nie przypadkowo. Migrowały tu kolory, pojedyncze plamy i linie, migrowało również moje spojrzenie. Z każdym kolejnym „wersem” owej dyskusji prześladowało mnie nieodłączne odczucie wręcz desperackiej chęci przeniknięcia następnej warstwy. Dzieło wprawiał mnie w nieustanny stan poszukiwań, chęci dogłębnej analizy każdego najmniejszego detalu. Dostrzegalnych detali było wiele, począwszy od nieuporządkowanej, dynamicznej kompozycji, przez abstrakcyjny wyraz, po intencjonalne ograniczenie kolorystyki. Ponadto niesamowite było zetknięcie tak dynamicznej, pełnej różnorodności, ponadwymiarowej pracy z minimalistyczną, zadziwiająco statyczną animacją.

Poklatkowa animacja „Nr 4815” Radosława Klasy przedstawiała teraźniejszość opowiedzianą z autopsji. Krótki film zdradzał historię z poradni chirurgi urazowo-ortopedycznej, a z każdą klatką coraz bardziej odczuwało się subiektywne odczucie czasu jako długiego, przeciągającego się, wręcz nieznośnego. Stałam przed obiema pracami, doceniając pełne kontrastu zestawienie przede mną. Coś małego, ruchliwego, a jednak stałego przy czymś wielkim, stałym, ale ruchliwym. Odniosłam wrażenie, że oba dzieła nie przypadkowo znalazły się obok siebie.

Harmonia czy chaos?

Podobny przypadek spotkał mnie kilka kroków dalej. Atmosfera obu prac została zbudowana za pomocą bardzo podobnych mechanizmów. Dyptyk Barbary Iwańczyk z pozoru nie pasował do reszty interpretacji teraźniejszości. Mimo to skupiał wzrok odbiorców swoją uproszczoną, czystą formą. Dwa prostokąty z lekko zaokrąglonymi kątami wyglądały zupełnie jak czarno-białe abstrakcyjne odbitki, gdzieniegdzie lekko przetarte, niedobite. Wiele jednak zdradzała nazwa dyptyku oraz technika jego wykonania. „Stones – ołówek na papierze” przedstawiał dwa idealnie wyrysowane kamienie, co uwierzcie mi na słowo, nie jest tak proste do wykonania. Statyczne rysunki były pełne harmonii, spokoju i ładu. Dla mnie praca była jedną z niewielu interpretacji teraźniejszości jako czegoś nieskończenie stałego, nieokreślonego w swoim trwaniu dokładnie jak kamień.

Do harmonijnego dyptyku przeciwstawiono chaotyczny wydruk Mateusza Kaczyńskiego „Bez granic”. Bez ramy, na zwykłym białym papierze niczym czarne, pajęcze nici rozwijały się w istnie dramatyczno-żywiołowym tańcu rozedrgane linie. Opis ujawnił niesamowitą historię, kryjącą się za każdym z tych konturów. Artysta utworzył swojego rodzaju mapę, interpretację globu zapisaną z pamięci tym samym narzędziem przez trzydzieści pięć osób. Tak powstałe trzydzieści pięć obrysów o wymiarach rzeczywistych map z ławek szkolnych stworzyło jedną wspólną wizję świata. Każdy z konturów różnił się od siebie na swój indywidualny sposób mimo podobnej wiedzy, narzędzi, czasu i okoliczności. Był to więc dosłowny zapis postrzegania rzeczywistości, a więc teraźniejszości na zupełnie inne sposoby. Utworzona poprzez nałożone skany „mapa” nie prowadziła donikąd i nie przestawiała nic wyłącznie poza subiektywizmem odbioru współczesności.

Dyptyk Barbary Iwańczyk i wydruk Mateusza Kaczyńskiego stworzyły razem spójną wizję teraźniejszości jako czegoś subiektywnie stałego.

Ukryta intymność.

Równie ciekawa okazała się być prawa strona wystawy. Tutaj za białym, wielkim łukiem na czarnej jednolitej ścianie wisiały dwa rysunki węglem na zwykłym papierze. Przy wielu innych opracowaniach dyptyk wydawał się pozornie, niepotrzebnie wyróżniony. Niczym się nie odznaczał, nie był równie kontrastowy ani nie posiadał równie angażującej formy jak pozostałe prace na wystawie.

Warto jednak było podejść bliżej, przejść przez wielki łuk, by zobaczyć mistrzowsko wręcz wykonane rysunki węglem na papierze Jakuba Skomra. Oba „Autoportrety” przedstawiały realistyczne postacie w bardzo intymnej chwili. Rysunki zachwycały nie tylko techniką i warsztatem, ale również wrażliwością, z jaką artysta zobrazował postaci. Pierwsza odwrócona i druga skulona sylwetka angażowały widza emocjonalnie. Ze zwykłego „oglądającego wystawę” nagle zmieniał się na świadka nieokreślonego dramatu, wielkiego przeżycia, rozpaczy, czy nawet kryzysu.

Teraźniejszość wydawała się w tym dziele bardzo uniwersalna. Zatrzymanie chwili pełnej beznadziejności, niedostępnego dla obcej osoby momentu i umieszczenie owej sceny w odosobnieniu, a jednak na widoku stwarzało bardzo unikalną scenę. Oglądając dzieło, widz mógł poczuć się jak gdyby przez uchylone drzwi, czystą kartkę papieru, podglądał czyiś niedoprecyzowany kryzys. 

Geometria w wizji teraźniejszości…

Warty wzmianki jest również organiczny tryptyk Klaudii Pieniak „Szumy (Szum MCMXCII, Szum VII, Szum XCI)”. Niewidoczne dla ludzkiego oka szumy, tutaj zostały zatrzymane w czasie, zatrzymane na trzech podłużnych kartkach. Monochromatyzm i wręcz fotograficzna dokładność, z jaką artystka wykonała pracę, nie mówiąc już o szczegółach samych w sobie, jak delikatna linia, czy zdawać by się mogło idealne przemyślane, asymetryczne kompozycje, tworzą razem nienaganne wrażenie spętania ulotności tematu. W odróżnieniu od abstrakcyjnej formy szumów zestawione były cztery fotografie ludzkiego ciała Nikoli Adamik.

Obie prace w zestawieniu ze sobą stały się idealnym przykładem jednoczesnego podobieństwa i wyrazem dwóch skrajności. Fotografie przedstawiały różne detale ciała, dążące w kompozycji do utworzenia impresji geometrii. Zdjęcia stanowiły świetną odpowiedź na wcześniejszy tryptyk. Tu nieokreślone, podłużne formy zastąpione są małymi kwadratowymi przedstawieniami ciała. Podobnie jak w poprzednim dziele teraźniejszość utożsamiana jest tu z ulotnością, jednak nie o zjawisko fonetyczne chodzi tu konkretnie, a raczej o potrzebę bliskości, intymności.

Tę interpretację tylko potwierdza nadana przez artystkę nazwa „Potrzeba Bliskości”, gdzie warto zauważyć, „Bliskość” dodatkowo wyróżniona jest dużą literą. Nasuwa się tu skojarzenie do dwóch doskonale wykonanych autoportretów, które, zawieszone naprzeciwko, kuszą swoją wybitnością. 

Na wyciągnięcie rę… kabla?

Na wystawie mimo wielu dzieł w formie płaskiej znalazło się również parę instalacji. Wśród nich można było natknąć się na niepozorną wręcz niezauważalną rzeźbę „Sytuacja z kablem. Eksperyment 2: Podejście” Lilith Queisser. Rzeźba składała się z trzech kluczowych elementów: zwisające z sufitu białe gniazdko, zastygnięty w powietrzu pionowy kabel i podłączone do niego gniazdo, wyrastające z podłogi. Na pierwszy rzut oka rzeźba wydawała mi się pozostałością po wczorajszym montażu. Ktoś czegoś nie podpiął, a kabel magicznie stał na równi ze mną. Jednak po przybliżeniu okazał się być niewiarygodnie ciekawą rzeźbą – eksperymentem.

Zatrzymany na wieczność kabel dosłownie na wyciągnięcie ręki od gniazdka, nigdy nie dosięgnie celu. Ta scena zaabsorbowała mnie na tyle, że aż sama chciałam pomóc i na zawsze połączyć oba obiekty. Było to jednak niemożliwe. Chociaż mój pies usilnie próbował przerwać męki kabla, musieliśmy oboje zostawić go w tej teraźniejszości. Brutalnej, ale jednocześnie pełnej nadziei rzeczywistości. Tej, z którą każdy z nas się kiedyś spotkał.

Teraźniejszość w dążeniu do osiągnięcia subiektywnej pełni.

Piasek, garnitur i fałszywe pejzaże.

Dalsze instalacje nie dawały ujścia owemu nienasyceniu. Już po paru krokach znalazłam się naprzeciwko pracy, która poprzedniego dnia w półmroku mogłaby przerazić niejedną osobę, w tym mnie. W każdym razie rzeźba zaciekawiła mnie do tego stopnia, że postanowiłam mimo braku zajęć następnego dnia, przyjechać i podziwiać ją w dziennym świetle.

Już skończony performance rysunkowy „Matryca/ślad” Kacpra Kaszuby za dnia przykuwał uwagę równie mocno, co wieczorem. Powieszony w przestworzach niechlujny garnitur i zsypujący się z niego do wiadra biały pył tylko dodawały dramatyzmu scenie. Interpretacja jest tu niejasna, może wręcz wątpliwa. Jednak oglądanie przez jakiś czas pyłu, piasku po trochę zsypującego się z garnituru, wyobrażalne emocje związane z tworzeniem instalacji i pozostawiony po niej chaos, odpowiadało na temat. Teraźniejszość była w tym dziele emocjonalna, trwała, gwałtowna, a nawet buntownicza. W rozprawianiu o głębi garnituru usilnie odciągał mnie znajdujący się przed nim tryptyk.

Trzy pełne harmonii, spokoju obrazy. „Pejzaże Latencyjne” Michała Sikory o dziwo, nie były kolejnymi pracami malarskimi, a grafiką cyfrową. Fałszywe pejzaże nie tylko przedstawiały minimalistyczne, monochromatyczne horyzonty, ale również, a nawet powiedziałabym bardziej, stosunek artysty do nowych cyfrowych technologii. Nie trzeba bać się rozwoju technologii, a czerpać z niego jak najwięcej nowych możliwości. Autorskie matryce powiększone przez algorytm Real-ESRGAN stały się tego najlepszym przykładem. Teraźniejszość musi być rozumiana w tym dziele bardziej jako nowoczesność technik, niżeli samo przedstawienie pejzaży. 

Te(nie)raz.

Na każdej wystawie i w każdym tekście opisującym sztukę jest zawsze jedna praca, która podsumowuje i kończy. Tę „drogę” przez różnorodną teraźniejszość warto dokończyć wyjątkowym moim zdaniem dziełem. „Pejzaż ukraiński” Oleny Matoshniuk rozciągał się na prawie całą szerokość galerii. Fascynował nie tylko swoim metraże, ale również performatywno-rysunkowym charakterem. Założenie artystki było bardzo proste. Każdy kolejny dzień agresji rosyjskiej upamiętniać na rozwijającym się rulonie przekreśloną, pionową kreską. Skala problemu oszałamia. Jednak co jest bardziej zastanawiające to jak odległa od naszej rzeczywistości, naszej aktualności jest teraźniejszość ludzi na Ukrainie.

Publiczny, monotonny, ciągnący się wiele dni performance miał zmusić przechodniów do refleksji nie tylko nad samą sytuacją za granicą, ale w moim odbiorze również niesprawiedliwością losu. Subiektywizmem świata, który dla każdego ma zupełnie inną teraźniejszość.

Czym jest teraźniejszość?

Zdaje się, że bardzo płynnie nasuwa się, po całej przebytej na tej wystawie drodze, bardzo prosty wniosek. Teraźniejszość jest indywidualna, subiektywna i potrafi być wyrażona na tysiące różnych sposobów. Najważniejszy był na tej wystawie temat, wyrażający tyle indywidualności, dramatów i grozy, ile delikatności, intymności i bliskości. Wśród tylu wspaniałych dzieł znalazło się też kilka mniej przeze mnie docenionych, pozbawionych tak szerokiej idei, tak wspaniałej techniki czy równie wybitnej ekspresji. Mimo to cała wystawa tworzyła spójną wizję, a każdy przebyty centymetr był niczym uczta dla oczu. Pozostawiając salę odkrytą, czuję niedosyt zastanych tam doznań.

Dręczy mnie chęć zaznania ich na nowo. Ponownego zagłębienia się w każde dzieło z osobna. Jest to na pewno pozycja warta własnej eksploracji i własnych wniosków, a w szczególności indywidualnej odpowiedzi na pytanie:

Czym jest teraźniejszość?.

Inne posty...